Przypadek medyczny

Tych pacjentów już nie obsługujemy

 

Arkady Ifimowicz człapał przede mną, lekko kulejąc na prawą nogę. Wymyślił sobie, że jak  z ósmego piętra zejdziemy po szpitalnych schodach na parter, to zawsze zleci nieco czasu. Ja dla odmiany kulałem na lewą. Dziesięć minut wcześniej zaprowadził mnie do gabinetu radiologicznego, po czym wyjechaliśmy osiem pięter wyżej, by drobna pani doktor wylała na mój brzuch pół butelki żelu i zaczęła jeździć po nim ultrasonografem z lewa na prawo, niczym malarz gruntujący wzdęte płótno. Nawet światło w gabinecie przypominało złoty okres malarstwa holenderskiego.

- Ma pan powiększoną lewą nerkę – rzuciła przed siebie wypełniając dwie pożółkłe kartki medycznego raportu. Ostatni raz widziałem takie na studiach, w pierwszej połowie lat 90. To były resztki peerelowskich, urzędniczych złogów z całym szeregiem tabelek gdzie należy zaznaczyć „nie dotyczy”, by na sam koniec napisać coś od siebie po ludzku. Pani doktor też dodała. – Nie widzę nic więcej, nie ma pan kamieni. Proszę z tym opisem udać się do ordynatora – w wyciągniętej dłoni trzymała dwie archaiczne kartki zapełnione cyrylicą. Przynajmniej dowiedziałem  się dlaczego kuleję na lewą nogę.

Arkady czekał cierpliwe za drzwiami. Teraz mieliśmy iść na krew. Schodząc po schodach na parter, do gabinetu radiologicznego, zapytałem Arkadego Ifimowicza kiedy możemy spodziewać się wyników. Mój przewodnik i zbawca w jednej osobie, przystanął na półpiętrze i dotknął kaloryfera.

- Pan Piotr – zaczął z uśmiechem – zanim zejdziemy na parter, zdjęcia będą gotowe.

***

Medycyna jest dla mnie wielką tajemnicą. Wielokrotnie umierałem podczas zwykłego przeziębienia. Już myślałem, że po mnie a tu zwykła grypa. Innym razem poszedłem, dla świętego spokoju, na konsultację z dwudniowym skurczem łydki i na tydzień wylądowałem w szpitalu.  Najwięcej emocji przysparza jednak profilaktyka. To taka sytuacja, gdzie niby nic ci nie jest, ale na wszelki wypadek idziesz się zbadać. Kiedyś ubradło mi się, podpuszczony przez żonę, że powinienem sobie sprawdzić prostatę. Udałem się w tym celu do prywatnej kliniki, by zarejestrować się u ginekologa. Recepcjonistka ożywiła się i postanowiła uściślić kogo chciałbym zarejestrować. Odpowiedziałem, że siebie.  Ona dalej nie odpuszczała i drążyła w jakiej to sprawie się zjawiłem, czy może jestem jakimś znajomym lekarza, albo dziennikarzem. Ja oczywiście nic nie rozumiałem i oświadczyłem z całą powagą, że potrzebuję diagnozy u ginekologa w sprawie mojej prostaty. Od tej chwili zacząłem podejrzewać, że coś jednak nie gra, bo kobieta ewidentnie wodziła wzrokiem za moimi plecami, zupełnie jakby szukała ukrytej kamery. Na wszelki wypadek pozostałem nieugięty. Młoda dama, spokojnie choć z lekkim wahaniem, zaproponowała mi termin u urologa. No tak! Urolog! Coś mi w głowie zaczęło świtać. Ostatecznie, by jakoś wybrnąć, że niby moje jest na wierzchu, powiedziałem że skoro z ginekologiem są problemy, to może być urolog. W sumie czemu nie?

Teraz mnie to oczywiście bawi. Wtedy jednak nie wiedziałem jeszcze najgorszego. Nie miałem bladego pojęcia na czym polega urologiczna diagnostyka pierwszego kontaktu. Nigdy nie zapomnę tych dwóch ciężkich łez, które spłynęły po moich policzkach, z oczu wielkich jak talerze, podczas gdy pan doktor zdradzieckim sztychem Tuhaj-Beja, znienacka rozpoczął badanie. Po wyjściu z przychodni, jeszcze kilkaset metrów szedłem na piętach. Od tej pory nie mam z prostatą żadnych problemów!

***

Tym razem dopadło mnie w Moskwie. Mogłem stać, mogłem leżeć, ale nie byłem w stanie siedzieć. Postanowiłem przeczekać. Doczekać przynajmniej do wylotu z Moskwy do Woroneża. Na myśl o poszukiwaniu lekarza w Moskwie, przypomniał mi się Zamek Kafki. Nie chodzi mi o biurokrację, tylko o fizyczną niemoc w dotarciu gdziekolwiek. Na tle Moskwy, Woroneż jawił się jako kameralne, milionowe miasteczko, gdzie wszyscy się znają i każdą awarię można szybko zażegnać. Zadzwoniłem do Natalii, by znalazła kogoś znajomego, kto niechby jedynie zawyrokował co mi dolega. Jakikolwiek prowincjonalny lekarz, był dla mnie lepszy niż moskiewski labirynt nieprzewidywalnych zdarzeń.

Przetrzymałem dość krótki lot w pozycji siedzącej. Natasza przyjechała na woroneskie lotnisko z Turgunem – swoim mężem. Turgun to skrócona forma. Oficjalnie na imię ma Turgunbaj i jest mieszanką kirgisko-uzbecką. Typowo słowiańska, jasnowłosa Natalia musiała być dla niego nie lada wyzwaniem w okresie (nazwijmy to) godowym. Oboje urodzili się w Biszkeku i piętnaście lat temu przenieśli się do Rosji w poszukiwaniu lepszego życia, które ostatecznie znaleźli.  Historia naszej znajomości to osobny temat. Dość wspomnieć, że w dniu kiedy się poznaliśmy, ich córka połknęła wsuwkę do włosów, a ja zgubiłem bagaż. Kolejne nasze spotkanie zapowiadało się równie emocjonująco.

Teraz pędziliśmy gdzieś na przedmieścia. Blask żółtych lamp ulicznych gasł z każdym metrem. Im bardziej oddalaliśmy się od centrum, tym było ciemniej. Po kwadransie dotarliśmy do biednego, drewnianego domku w którym, wraz z kotami, mieszkał, urodzony w Kazachstanie, rosyjski Żyd z izraelskim paszportem – Arkady Ifimowicz – naczelny alergolog miasta Woroneż.

- Pan Piotr, pan się położy. A tutaj boli? A tutaj też? A jaki to ból, taki ciągły czy narasta? -  pan Arkady chwycił za telefon i szybko ustalił skład osobowy nocnego dyżuru w macierzystym  szpitalu. – Pan Piotr, jedziemy! – Mój wymodlony zbawca, poupychał kudłate koty po kątach, kazał mi się ubrać i po chwili jechaliśmy do szpitala. Tym razem we czwórkę. Po drodze dowiedziałem się, że Arkady Ifimowicz wyleczył Natalię z ciężkiej alergii. To stąd się znali. Boże mój – pomyślałem – jaki ten świat jest mały i poukładany. Jestem tak daleko od domu a podstawowe prawa działają tak samo. Samochód podskakiwał na wertepach, a ja zbolały zaparłem się jedną ręką o sufit, by za bardzo mną nie rzucało.

***

Szpital był pusty. Moje nagłe pojawienie się, jako bardzo ważnego i cierpiącego Polaka, ożywiło nocną zmianę i tchnęło w znudzone towarzystwo nieco życia. Lekarz przeprowadził ze mną wywiad, pougniatał dotkliwie po brzuchu, postukał po plecach oraz zadał kilka niedyskretnych pytań. Na koniec wysłał mnie w kilka punktów szpitalnego labiryntu, by dokonać stosownych badań. Arkady Ifimowicz czekał na mnie cierpliwie za parawanem. Znał tutaj każdy kąt i postanowił być pomocny. Gdyby nie on, miałbym spory problem by trafić do gabinetu RTG i USG. Po drodze do konkretnych specjalistów, wpadł w gawędziarski cug. Opowiadał o życiu w Kanadzie, Izraelu i Kazachstanie, aż w końcu dotknął grzejnika i zawyrokował, że zdjęcia rentgenowskie będą lada moment.

Nawet nie zdążyłem zapytać wprost o co chodzi z tym kaloryferem. Arkady złapał to w lot. Takie wygi jak lekarze, czytają z ludzkiej twarzy znacznie więcej niż niejedna wróżka z dłoni. Schodząc po schodach do gabinetu radiologicznego wyjaśnił, że latem na wyniki trzeba długo czekać bo grzejniki nie grzeją. Zimą wszystko przebiega szybciej, bo zdjęcia wiesza się bezpośrednio nad kaloryferem i po paru minutach są gotowe do odbioru. A trzeba wiedzieć, że w Rosji na ogrzewaniu nie oszczędza się i jeśli ktoś korzysta z miejskiego systemu centralnego ogrzewania, to zimą co rusz otwiera okna. Absolutnym mistrzem w gospodarowaniu ciepłem był pewien taksówkarz z Petersburga, który wioząc mnie na lotnisko nastawił ogrzewanie na pełną moc po czym otworzył okna by nie było zbyt gorąco.

Rentgen niczego nie wykazał, USG niewiele, a badania krwi były wzorcowe. Te ostatnie dostarczono na świstku wielkości tramwajowego biletu. Ordynator wypisał receptę na dwie paczki medykamentów i przenikliwie spojrzał mi w oczy by, jak to ordynatorzy mają we zwyczaju, zaordynować: ale dzisiaj i przez następnych kilka dni nie pijemy! Szelma, przejrzał mnie. Chciałem wytargować choć trochę piwa, bo jednak coś z tą nerką było nie tak, ale pan doktor był nieugięty. Nielzja i koniec. No trudno. Udałem się zatem do pielęgniarki by dopełnić administracyjnych formalności. W dłoni międliłem polisę ubezpieczeniową, którą standardowo otrzymałem razem z wizą. Podczas spisywania danych osobowych przez chwilę spierałem się, że u nas nie ma otciestwa, a swojsko brzmiące Sergiusz, to moje drugie imię. Ostatecznie machnąłem ręką. Niech będzie Piotr Sergiejewicz. Pielęgniarka skrupulatnie zapisała moje dane w szpitalnym dzienniku pokładowym, życzyła zdrowia i pożegnała. Polisę złożyłem w pół i potem jeszcze raz, tak by pasowała do paszportu, po czym całość schowałem do kieszeni i po angielsku wyszedłem ze szpitala. Mój bilans był taki, że obejrzało mnie trzech lekarzy, wykonano kilka badań diagnostycznych z natychmiastowym wynikiem, polisa okazała się zbędna i nie zapłaciłem nawet kopiejki! A to wszystko wydarzyło się w kraju, gdzie bez karty migracyjnej, hotelowego meldunku, czy pożółkłej przepustki z pieczątką, nie można się nigdzie ruszyć. Zapewne rację miał mój moskiewski znajomy, który zawsze spokojnie zapewniał mnie, że surowość rosyjskich przepisów, kompensowana jest zupełnym brakiem ich przestrzegania.

 

Akrkady Ifimowicz właśnie odnalazł gabinet USG

 

Wynik USG

5 comments on “Przypadek medyczny

    1. Haniu, zaprawdę warto tego doświadczyć. W tym labiryncie kafkowskich zdarzeń, zawsze pojawia się zwykły, pomocny człowiek, prostujący ścieżkę karmy. Tak było tym razem i zapewne zawsze tak jest. Pozdrawiam!

  1. Taki mi się przypadek medyczny z liceum przypomniał a propos ginekologa:)))
    Kolega z równoległej klasy miał mamę lekarkę.Kilka dni nie było go w szkole.A gdy przyniósł zwolnienie lekarskie z przybitą niedbale pieczątką do góry nogami, okazało się, że zwolnienie wystawił…właśnie lekarz ginekolog. Cała klasa miała niezły ubaw gdy wychowawczyni z nienacka zapytała nieszczęśnika z powagą: ” No, Iksiński, a z tymi jajowodami to już wszystko w porządku”? Gość zdębiał:)))

    1. To był młokos, jak rozumiem. A co ja miałem odpowiedzieć sobie, będąc podpuszczonym przez żonę? Chłop w sile wieku i zarazem dyletant medyczny, nie rozróżniający specjalizacji. No cóż, siarę wziąłem z godnością na klatę i ostatecznie zdecydowałem się upublicznić tę, co by nie powiedzieć, zabawną przygodę innym dyletantom. Jest jeszcze szereg innych specjalistów do których udam się jedynie ze skierowaniem od lekarza rodzinnego. Z medycyną jest jak z prawem, albo w ogóle życiem: brak znajomości zasad nie zwalnia od odpowiedzialności. Ergo, nie pomyl gastrologa z proktologiem – konsekwencje diagnostyczne mogą się okazać (nomen omen) wertykalnie odwrotne od oczekiwanych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *