Do przyjaciół Moskali

- Wowa, popatrz tylko gdzie myśmy zaparkowali! – przeciągnąłem się zbolały, po całodniowej  wyprawie z Mińska, wskazując na szyld przyszpilony tłustymi bełtami to soc-muru. Dopiero co wygramoliłem się z samochodu i pierwsze co zobaczyłem, w dawnej stolicy sowieckiej partyzantki, to nazwę ulicy -  Armii Czerwonej!

Przez białoruski Homel dojechaliśmy do rosyjskiego Briańska. Ponieważ oba kraje znajdują się w Unii Celnej, granica miała charakter symboliczny i ledwie zauważalny. To coś jak podróż z naszego Chochołowa do Suchej Hory na Słowacji. Briańsk do tej pory tonie wśród okolicznych, przepastnych, lasów. Samo miasto jest typowym przykładem postsowieckiej urbanistyki i architektury zagubionej w czasie i przestrzeni. Pamiętam nowohuckie żerowiska z połowy lat 80 i nie robiły aż tak przygnębiającego wrażenia, jak to co zobaczyć można w drugiej dekadzie XXI wieku w wolnej Rosji. Na mapie rejon ten jest wciśnięty między Ukrainę a Białoruś. Najbliższe większe miasto (pomijając Homel) to Kursk na południu i oddalony o 250 kilometrów, na północ, Smoleńsk. Trudno w to uwierzyć, ale pomiędzy nimi nie ma nic. Bywają oczywiście jakieś pojedyncze chutory, ale zasadniczo droga pomiędzy większymi rosyjskimi miastami oddalonymi od siebie, średnio o około 300 kilometrów, jest zupełnym ludzkim pustkowiem. Na Syberii jest jeszcze gorzej, bo tam odległości mierzy się w setkach kilometrów, tych bliżej tysiąca.

To był czas, gdy dopiero co zacząłem podróżować po Rosji i naiwnie dziwiłem się wszystkiemu dookoła, nie rozumiejąc istoty rzeczy. Moje pytanie o Armię Czerwoną i przyczynę jej honorowania, okazało się grubym nietaktem. Potrzebowałem kilku lat by się do tego przyzwyczaić i nie wchodzić w sferę, która od razu miała znamiona konfliktu. Nie wiedziałem wtedy, jak do tego podejść w racjonalny sposób. Niemniej, tempus fugit, minęło kilka lat…

***

W Samarze, na placu Lenina, stał niegdyś pomnik cara. Po rewolucji strącono go a na cokole postawiono Lenina. Tak się złożyło, że „bohater” ów (którego, o zgrozo, czasami podobno przypominam)  pracował przez rok w sąsiednim budynku sądu miejskiego i czerwoni notable mieli niezbity punkt odniesienia dla swojej pomnikowej decyzji. Lenin urodził się nieopodal w Symbirsku. Dzisiaj miasto nazywa się Uljanowsk i nikt nie wpadł na pomysł, by wrócić do nazwy pierwotnej. Co więcej, rozebrano cerkiew w której ochrzono Ujlianowskiego riebionka, a z płyty nagrobnej jego ojca, skuto znak krzyża. Nie przywrócono, rzecz jasna, carskiego monumentu i pozostał ten leninowski pomiot, jako symbol historii. Ileż to razy pytałem się: po jaką cholerę wam pomniki mordercy narodu? W odpowiedzi stale słyszałem, że to świadectwo historii.

Szkoda, że Niemcy nie zdążyli  pobudować  tam swoich pomników. W takich dyskusjach zawsze przypominanym, że gdybyśmy byli tacy łaskawi dla historycznych artefaktów, to Rynek Główny w Krakowie po dziś dzień nosiły by nazwę Adolf Hitler Platz. Sama Polska równie dobrze mogła by się nazywać Generalną Gubernią, nie wspominając o Priwislańskim Kraju. To też historia przecież. Tyle, że my jej nie szanujemy, ona nas mierzi  i czynimy wszystko by zmyć ślady tego zbrukania. Tutaj jest inaczej. Wybiórczo traktowany bieg dziejów, nieuświadomiony upadek, napawa dumą.

Podobnie jest z nazwami innych miast. Samara za komuny nazywała się Kujbyszewem, na cześć sowieckiego pilota. Na placu, w środku miasta, stoi jego pomnik. Nazwę na szczęście zmieniono na pierwotną. Inaczej sprawy się mają w sąsiednim, byłym Stawropolu Nadwołżańskim, który zwie się obecnie lekko z włoska – Taliatti. Ta dziwna nazwa pochodzi od nazwiska włoskiego komunisty i tak już pozostało. To tam produkuje się słynne Łady, w Rosji po dziś dzień zwane Żyguli. Tak również nazywa się najsłynniejsze rosyjsko-sowiecko-rosyjskie piwo. Tutaj, w środkowym biegu Wołgi, Alfred Vacano  Wellho, obywatel CK monarchii zainwestował pod koniec XIX wieku majątek w budowę browaru, który działa po dziś dzień. Biznes wykiełkował i rozwinął się za caratu, jakoś przebidował za komuny i do dzisiaj działa. Ten akurat pozytywista, honorowany jest po dziś dzień.

Sentyment do dawnej świetności manifestują też mieszkańcy Wołgogradu. W ich mniemaniu, obecna nazwa nikomu na świecie nie kojarzy się z niczym, w przeciwieństwie do pełnego heroicznej symboliki Stalingradu. Zdażyło się nawet, ostatnimi czasy, że prominentni rajcy udali się do prezydenta federacji i poprosili o zmianę. Pan prezydent, z właściwym sobie wyczuciem mechanizmów demokratycznych, zaproponował włodarzom organizację, w tej sprawie, referendum. Skończyło się na tym, że Wołgograd staje się Stalingradem kilka razy w roku, w czasie najważniejszych świąt państwowych. Warto wspomnieć, że pierwotną nazwą, tego nadwołżańskiego miasta, był Carycyn. Nie wnikając zanadto w etymologię, dodam jedynie, że z carami nie miało to nic wspólnego. Zupełnie przypadkowo zruszczono tatarską nazwę Żółta Wyspa.

***

W czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, Kujbyszew, czyli dzisiejsza Samara, stał się na pewien czas administracyjną stolicą ZSRR. Podczas gdy wczesną zimą 1941 roku Niemcy podchodzili w okolice dzisiejszego moskiewskiego Dworca Białoruskiego, Stalin stał na tajnej stacji podziemnego metra. Ten rejon, to obecnie ścisłe centrum miasta. Moskwa właściwie była poddana. Wódz miał tylko wsiąść w pociąg i pojechać na południowy wschód, tam gdzie przeniesiono już niemal całą administrację i placówki dyplomatyczne. Satrapa w ostatniej chwili odwrócił się na pięcie i zarządził defiladę. Uderzył w dawno nie bujane cerkiewne dzwony i rozdał setki medali. To był pierwszy z punktów zwrotnych frontu wschodniego. Do Kujbyszewa Niemcy nie doszli. Zatrzymali się na zachód od Moskwy a potem na Stalingradzie. Kilka miesięcy później, na mocy traktu Sikorski-Majski, kilkaset kilometrów na południowy wschód od Kujbyszewa (dzisiejszej Samary), w okolicach Orienburga, generał Andres zaczął formować polską armię. Obecnie to rejon  graniczący z Kazachstanem. To miejsce gdzie Azja graniczy z Europą i skąd pochodzą Sarmaci – rzekomo nasi przodkowie. Nie jestem pewien czy nimi są, ale ich istnienie jest na tych ziemiach dobrze udokumentowane. Niestety akurat te świadectwa nie mają zbyt licznych odniesień w symbolicznych nazwach ulic. Boleję nad tym, nad brakiem Andersa, wychowanka kowieńskich i petersburskich uczelni, znakomitego dowódcę carskich zagonów, którego sami Rosjanie powinni czcić bardziej niż katów własnego narodu. Tak jednak nie jest. W samym Orienburgu widziałem dwa lub trzy, dobrze utrzymane, pomniki ludobójcy, któremu dorównywali jedynie dalekowschodni, azjatyccy dyktatorzy, przy których Hitler był zaledwie marnym epigonem sztuki ludobójstwa. Warto się na takie widoki przygotować, zwiedzając Rosję. Warto przy tym pamiętać, że podcięcie korzeni przy równoczesnym ścięciu kwiatu, zawsze odniesie taki skutek.

Uważam, że symbole mają znaczenie, ale jeszcze większą wagę ma ich właściwe rozumienie. Tego Rosjanom życzę z całego serca.

 

  • Oto dziedzictwo Alfreda Vacano – okazały browar z końca XIX wieku położony nad brzegiem rozległej Wołgi, w centrum miasta. Lokalną tradycją jest wizyta browarnej piwiarni, gdzie można ugasić pragnienie na miejscu lub na wynos. Piwo leją niemal bezpośrednio z tanków leżakowych. Smakuje średnio. Czasem jest lepiej, a czasem gorzej. Rosjanie, podobnie jak Polacy, wierzą w takie gusła jak dolewanie spirytusu do piwa, albo dodawanie bydlęcej żółci zamiast chmielu i przychodzą do źródełka, które rzekomo ma być nie spaskudzone. Prawda niestety jest bardziej prozaiczna. Z piwem jest jak z rosołem. Albo ktoś umie warzyć, albo nie. Ja oceniam, że tutaj wynik jest dziełem przypadku. Nie to jest jednak najważniejsze. Ważny jest lumpiarski klimat, którego u nas już trudno doświadczyć.

 

  • Raki! Przed wejściem do mordowni można kupić na zagrychę suszone i wędzone ryby, oraz raki. Ja wybrałem  raki. Do wyboru są trzy „gramatury” z czego ta największa jest najdroższa. Wybrałem jakość, tę którą widać na zdjęciu. Po Rostowie nad Donem, to drugie miejsce gdzie w Rosji, które tak przypadło mi do gustu. Żadna tam restauracja, po prostu gorące raki z wiaderka i przepojka żyguliowskim piwem nad brzegiem Wołgi, lub w browarnej mordowni, o uroczej nazwie „Na Dnie”.

 

  • Orienburg. Oto most wiszący nad rzeką Ural. Jakiś czas temu uważano, że to granica między Azją a Europą. Po jakimś czasie, najznamienitsi kartografowie, zgodzili się, że rzeczywiście granica biegnie w górnej partii rzeki, ale później odbija na południe i Orienburg (mimo, że prawie w Kazachstanie), jednak leży w Europie. Pewne rzeczy jednak ostały się, a ja korzystają z okazji przeszedłem na azjatycką stronę.

 

  • Wspomniałem o Sarmatach. To stąd wyruszyli na podbój świata. Na zdjęciu replika sarmackiej rzeźby sprzed wiecznego świata. Gdybym był antropologiem kultury, albo etnografem, to z pewnością miałbym co tutaj robić.

 

  • W Orienburgu natrafiłem na muzeum etnograficzne. W pierwszej salce,  na parterze, natknąłem się na stroje krakowskie.

 

  • Tradycyjny strój kirgiskiej kobiety. Cekiny wykonane są z kopiejek. Do Kirgizji stąd bardzo daleko, podobnie jak do Polski. Jak widać obie nacje żyły tutaj zgodnie, zresztą nie tylko one, bo byli jeszcze Żydzi, Czuwasze, Kazachowie, Ukraińcy, Rosjanie,  Mordowianie i jeszcze klika pomniejszych.

 

  • W muzeum przyrodniczym odnalazłem taką oto instalację.

 

  • W nawiązaniu do głównego tematu, oto centrum Irkucka i skrzyżowanie ulic Dzierżyńskiego i Lenina.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *