BIAŁORUŚ A.D. MMXVII

DZIĘKUJEMY I NIE ZAPRASZAMY PONOWNIE

- Następnym razem będzie deportacja – białoruski pogranicznik trzymał mój paszport w taki sposób, jakby nie miał zamiaru mi go oddać. Swoje krótkie orzeczenie wypowiedział stanowczo, świdrując mnie błękitnymi oczami. To był wzrok starej, dobrej szkoły KGB. Sznyt który nieopostrzeżnie przechodzi od żartu ku, mrożącej krew w żyłach, groźbie.  Deportacja z Brześcia  nie jest oczywiście jakimś końcem świata. Co to, to nie. Chodzi o coś innego. Mam szczęście, że znam to spojrzenie i charakterystyczną postawę dzika szykującego się do ataku. Doprawdy nie ma wielkiej różnicy pomiędzy ćwierćtonowym kabanem, a rozjuszonym sługą postsowieckiego aparatu. Można oczywiście wejść na drogę konfrontacji, ja jednak wybrałem unik.

NOWE OTWARCIE

Spotkaliśmy się na warszawskim Dworcu Centralnym, w wagonie sypialnym, pociągu relacji Warszawa Centralna – Mińsk. Ledwie skład ruszył, a każdy z nas wyciągnął kapeczkę na wzmocnienie. Ostatecznie wzmacnialiśmy się wszyscy troje nawzajem. W skład wesołej kompani wchodził polski historyk sztuki, jadący na otwarcie wystawy pasów słuckich w Muzeum Narodowym w Mińsku, Maksim – intelektualista i chyba jakiś były białoruski dysydent, dorabiający obecnie w Austrii na budowie, no i ja czyli człowiek nikt. Obecnie mógłbym się nawet pysznić pewnym dorobkiem biznesowym, ale wtedy zaledwie przemycałem dwadzieścia siłowników termoelektrycznych, które rozpyliłem w walizkowej przestrzeni w nieładzie podobnym do losu moich skarpetek w garderobie.

Na granicy zabrano nam paszporty a białoruscy kolejarze zaczęli wymieniać wózki, ze względu na szerszy rozstaw torów. To jeden z tych banalnych, ruskich forteli, mających powstrzymać inwazję wrażych sił. Operacja zajmuje jakieś dwie godziny, czyli każdy najazd okcydentalistów, czasowo zostaje wstrzymany, na tej wyimaginowanej linii obrony, o te dwie godziny właśnie. No, niechby tam nawet na cały dzień! I co? I niby ten jeden dzień wystarczy by powstrzymać jezuicką inwazję? Dywagowałem tak sobie w myślach po dwóch małpeczkach. Bardziej jednak martwiło mnie to, że została mi, ostatnia już, ćwiartka cytrynówki.

Piliśmy dalej, ale z umiarem. Tak przynajmniej nam się zdawało. Czekaliśmy na powrót naszych paszportów. Z całej podróży najbardziej zapadała mi w pamięć sytuacja gdy Maksim, ni stąd ni zowąd, uniósł się zarówno w sensie fizycznym, jak i moralnym, po czym oświadczył, że wcale nie czuje się Białorusinem, tylko Litwinem. Obaj z historykiem, od razu się ożywiliśmy w pijackim widzie. Przy tym, do końca nie wiedziałem w jakim języku w ogóle rozmawiamy. Początkowo myślałem, że to zruszczony polski, potem, że to jednak surżyk. Ostatecznie okazało się, że Maksim mówił do nas po białorusku. To spora rzadkość. Tak się składa, że do tej pory był to język wiejskiej prowincji, którym posługiwało się na codzień zaledwie kilka procent Białorusinów. Obecnie, zaczynają nim mówić elity i młode pokolenie. Białoruski wychodzi, z pińskich bagien i białowieskich kniei, wprost na salony. Nie jest to wejście spektakularne, ale spokojne, rozważne, tylnymi drzwiami, którymi zazwyczaj wchodzi służba. Nie wiadomo jeszcze czy jest to moda, czy trwały kierunek. Być może, jeśli rozmnożona i oświecona historycznie elita, zdobędzie kiedyś władzę, to powróci do herbu Pogoń i flagi, żartobliwie zwanej słoniną. Tej historycznej, biało-czerwono-białej, która obowiązywała krótko po wyjściu z ZSRR. Obecne barwy muszą być koszmarem dla weksylologów, a herb nawiązuje wprost do sowieckich tradycji. Z dawną Litwą nie ma to niestety nic wspólnego.

- To skoro wy jesteście Litwinami, to kim są ci, których my uważamy za Litwinów? – zapytałem zaciekawiony, uważając by nie uronić ani sylaby, po czym nalałem wszystkim cytrynówkę z mojej ostatniej butelki.

- No, przecież to są Żmudzini! – pomimo mroku, Maksim zjaśniał blaskiem i otworzył swój umysł na oścież. Rwącego potoku historycznej świadomości nie zmąciło oddanie paszportów i szarpnięcie wagonem w kierunku Baranowicz. Dobrze, że wcześniej wychyliliśmy kubeczki do dna, wznosząc toast za pamięć Najjaśniejszej Obojga Narodów, bo jak pociąg ruszył, niczym niesforne dzieciaki legliśmy pokotem na podłodze. Wtedy też boska, jak sądzę, opatrzność pozwoliła wysunąć się, ostatniej buteleczce drogocennej substancji z podręcznego bagażu historyka, o którym ten zupełnie zapomniał. Radości nie było końca…

Maksim, już wkrótce doznał niebywałego przypływu mocy. Był nie do zatrzymania. Dowiedziałem się wówczas, jak po rozbiorach katolickie świątynie przerobiono na cebulaste cerkwie, jak przez dekady,  w ciągu kilku pokoleń, zruszczono europejską strukturę społeczną oraz jakim dramatem cywilizacyjnym dla wschodniej Białorusi, było wchłonięcie jej przez czerwonego lewiatana na mocy Traktatu Ryskiego.

Zrozumiałem to kilka dni poźniej, oglądając na trzeźwo stare mapy w muzeum litewskiej twierdzy Mir. Tam przypomniałem sobie, obszar jaki zajmowało niegdyś Księstwo Litewskie. Proponuję rzucić okiem na polityczne granice sprzed kilku wieków. Dzisiejsze, dwa odrębne kraje, stanowiły wówczas jeden obszar. To samo, jakby na potwierdzenie, można zobaczyć w, nieodległym od Mira, Nieświeżu – rodowej siedzibie Radziwiłłów, która rozmachem niewiele ustępuje Wawelowi. Przez wiele lat żyłem w złudnym przekonaniu, że pierwszy barokowy kościół w Polsce, zbudowano w Krakowie przy ulicy Grodzkiej (chodzi o kościół św. Piotra i Pawła). Otóż nie! Budowę kościoła Bożego Ciała w Nieświeżu rozpoczęto 10 lat wcześniej i ukończono po 6 latach. Kraków był drugi, a budowa dłużyła się ponad 20 lat. To był cudny czas, gdy prowincja wyprzedzała metropolię. To ona była tym obwarzankiem, o którym trzy wieki później mówił Piłsudski. Dzisiaj, bez Kresów, żyjemy pośrodku pustej dziury, bo obwarzanka już nie ma. Okruszki po nim zostały.

KONSEKWENCJE NIEFRASOBLIWOŚCI

Groźba białoruskiego oficera granicznego, miała jednak swoje konsekwencje. Następną wizę, po którą pognałem jeszcze tego samego dnia rano, zaraz po przyjeździe do Polski, otrzymałem bez problemu. Jednak kolejnej już mi nie przyznano. Na nic zdały się telefoniczne rozmowy z panią konsul. Na moje dociekliwe pytania: co się stało, co mam poprawić, na ile lat mam zakaz, kiedy ponownie mogę wnioskować; za każdym razem odpowiadała – nie wiem.  Paszport z pieczątką „ODMOWA”, na jednej ze stron, prowokował do niepotrzebnych dyskusji na innych granicach. Los sprawił, że uległ on zniszczeniu i wkrótce otrzymałem nowy. Dodatkowych pytań na innych granicach już nie było. Był jednak inny problem. W dalszym ciągu nie mogłem wjechać do Białorusi. Sekretnymi kanałami dowiedziałem się co było przyczyną. Otóż, posiadając wizę rosyjską, wyrobiłem sobie bardzo tanią, i szybką w odbiorze, białoruską wizę tranzytową. Wiza taka służy wjazdowi do Białorusi (nawet z dwudniowym przystankiem), po to by potem wyjechać do Rosji i wrócić tym samym szlakiem. Chodzi oczywiście o podróż pociągiem, lub samochodem. Między oboma krajami nie ma granicy w sensie fizycznym, podobnie jak pomiędzy Polską a Słowacją. Wymyśliłem sobie zatem, że przyjadę do Mińska nocnym pociągiem i tego samego dnia wrócę. Cały proces obywał się w oparciu o białoruską wizę tranzytową powiązaną z całoroczną, biznesową wizą rosyjską. Patent działał, dopóki ktoś nie zwrócił uwagi, że ten schemat służy mi jedynie do poruszania się po Białorusi, bez konieczności wjazdu do Rosji i de iure, jest to niezgodne z przepisami wizowymi.  Zagrożono mi deportacją, do której ostatecznie nie doszło, bo i nie miało jak dojść, skoro nie otrzymałem wizy. W ten sposób zablokowano mi wjazd do jednego z najciekawszych krajów naszego sąsiedztwa.

Oto jednak nagle pojawił się zbawca: Pan Prezydent Republiki Białorusi – Aleksander Łukaszenka! Nie żartuję. Ten człowiek, jednym dekretem, wprawił w ruch żarna postępu, na razie turystycznego. Od lutego, Roku Pańskiego 2017, można zawitać do Białorusi na pięć dni bez wizy. Jedynym warunkiem jest przylot i przejście granicy na lotnisku w Mińsku. Pięć dni liczy się od dnia przylotu do wylotu, czyli na przykład od poniedziałku do piątku. Zaraz po przylocie, należy zakupić na lotnisku ubezpieczenie medyczne. Na wszelki wypadek warto mieć przy sobie około 100 euro, a dokładnie 23 na każdy dzień pobytu w gotówce. Mówią o tym stosowne przepisy. Mnie akurat, w trakcie kontroli paszportowej, nikt nie prosił o okazanie doraźnych zasobów finansowych w twardej walucie. Podobnie było z wydrukiem biletu, z którego jasno wynika na ile dni przyleciałem. Tego ode mnie też nikt nie oczekiwał, ale innych już tak.

Atmosfera na lotnisku była radosna. Również hotele zanotowały znaczny wzrost obłożenia. Obsługa pytała gości skąd przybyli, by utwierdzić się w przekonaniu, że wzrost liczby turystów, ma ścisły związek z poluzowaniem wizowego reżimu. Oczywiście, że ma bo niemal w jednym czasie przyleciały dwa pełne samoloty z Warszawy i jeden Wilna.

BRATNIA ZAZDROŚĆ

Przyjęło się, w naszym medialnym przekazie, traktować Białoruś jako skrajną nędzę i dyktaturę pokrewną Korei Północnej. Ileż to razy słyszałem dialektyczne spory, że jeśli nie podryfujemy w kierunku UE, to czeka nas Białoruś. Nasz wschodni sąsiad pozycjonowany jest jak tolkienowski Mordor. Mało tego, widziałem kłamliwe i propagandowe reportaże szacownej BBC, utrzymane w tonacji czarno-białej, dla podkreślenia wyłożonej przez producenta tezy, ewidentnie suflowanej na polityczne zamówienie. To oczywiste, że Białoruś nie jest drugą Szwajcarią, ale zdecydowanie nie jest też piekłem na ziemi.

Nawet Rosjanie wyżej cenią sobie Baćkę niż Wołodię. Podoba im się czystość i porządek na mińskich prospektach. Doceniają wykoszone nieużytki wzdłuż autostrad. No właśnie! A to w Białorusi mają autostrady? Przypomnę, że w zeszłym roku autostrada A4, z czteroletnim opóźnieniem, spięła naszą wschodnią i zachodnią granicę. Tymczasem z Brześcia do Smoleńska, można przejechać wygodną trasą od conajmniej 15 lat. Niedźwiedzie po ulicach nie biegają, a symbolem kraju jest żubr z Puszczy Białowieskiej, tej samej co u nas, tylko po ich stronie. Żubrówka, podobnie jak w Polsce, ma status narodowego destylatu.

To co Rosjanom imponuje najbardziej, to likwidacja oligarchii i mafijnych układów. Obecnie na Białorusi układać się można tylko z jednym człowiekiem, a to, jakby na to nie patrzeć, oznacza stabilny system. Do tego jakość produkcji białoruskiego rolnictwa, jest dla Rosjan niedoścignionym wzorem, z którym mogą się w Rosji równać jedynie okolice Krasnodaru. Wprowadzenie antyrosyjskiego embarga, Łukaszenka wykorzystał perfekcyjnie, czyniąc swój kraj największym w regionie producentem cytrusów i owoców morza. Brzmi to komicznie, ale jak widać natura nie znosi próżni.

Baćko nie jest przy tym łatwym dla Kremla partnerem.  Rosyjskich mafiozów od razu pakuje do więzienia. W żartach wypomina, że Smoleńsk, to ziemia białoruska (historycznie litewska). Na konferencjach prasowych dla rosyjskiej prasy, nabija się z jakości rosyjskiej kiełbasy sugerując ponadnormatywny udział celulozy w jej składzie. Uwagi te mają w sobie lotność dyplomacji kołchoźniczej, niemniej taki przekaz do Rosjan dociera, w tym do Putina, który łyka tę gorzką pigułę, uśmiechając się do kamer.

Po ogłoszeniu rozluźnienia wizowego reżimu, rosyjski rząd postanowił wybudować ogrodzenie na granicy z bratnim krajem. Tak na wszelki wypadek, by jakiś zbłąkany szpieg do nich nie zawędrował. Jeśli dołożymy do tego podniesienie ceny gazu przez Gazprom, obraz całości zaczyna być inny niż ten który widać w naszych mediach.

WELCOME TO DRANIKLAND! 

- Misza, a prawda to że wy wcinacie na obiad ziemniaki z frytkami? – zasunąłem zgrabnego suchara, przeglądając restauracyjne menu gdzieś w centrum Mińska. Misza nie musiał odpowiadać, wystarczyło że się uśmiechnął, bo pytanie miało charakter retoryczny. Podobno istnieje książka kucharska zawierająca 1000 przepisów na potrawy z ziemniaków.

To był pierwszy z trzech dni, które spędziłem w Mińsku. Codziennie żywiłem się ziemniakami i każdego dnia smakowały one inaczej. Białorusini są mistrzami ziemniaczanej kuchni. Podstawą są draniki (od drat’ – ucierać, ścierać), czyli nasze placki ziemniaczane. Trzykrotnie jadłem pyszne, chrupkie placki, które uwielbiam, i każdego dnia smakowały inaczej. To szybka i tania potrawa w niezliczonej ilości kombinacji. Niegdysiejsza bieda jest źródłem tej fantazji. Rosjanie mają to samo z rybami, które łowić mógł każdy, a nie każdego było stać na utrzymanie trzody chlewnej, ze względu na krótki okres wegetacji i niską wydajność z jednego kłosa w tamtejszym klimacie.  Oni do dzisiaj nie odróżniają szynki od baleronu, za to na rybach i kawiorze, znają się doskonale. Niegdysiejsi Litwini zamiast wielkich rzek mieli bagna i całkiem sporo żyznej ziemi z nie najgorszym klimatem. Nowożytny import amerykańskiej kartoszki, za pośrednictwem Polskiego Imperium, odmienił na wieki oblicze ziemi, tamtej ziemi.

GDZIE LEŻY GRANICA?

Zwiedzając wystawę poświęconą pasom słuckim, zdziwiłem się kilkukrotnie. Za pierwszym razem, gdy na jednym z muzealnych pięter zderzyłem się z historykiem sztuki, z którym zacnie spędziłem noc w wagonie sypialnym. Towarzyszący mu kurator wystawy wielce się ucieszył, że Polacy tak tłumnie odwiedzają wystawę będącą, co by nie powiedzieć, częścią ich dziedzictwa. Kolejnym zaskoczeniem było odkrycie, iż część pasów nie pochodziła ze Słucka, a z krakowskiej faktorii przy ulicy Stolarskiej. Widać słuckie krosna nie nadążały z produkcją, a kolejne persjarnie (bo tak to się fachowo nazywało) powstały w Grodnie, Sokołowie, Krakowie i Gdańsku. Moda na pasy, podobnie jak na zakrzywione szable, przybyła do nas ze wschodu. Stąd specjalistyczna nazwa manufaktury zawiązująca do Persji.

Kolejnym zaskoczeniem, tym razem na wystawie stałej, było dawne malarstwo portretowe. Większość wielgachnych, okazałych malowideł przedstawiała dynastę Radziwiłłów, począwszy od słynnego Mikołaja Krzysztofa „Sierotki”, człeka o biografii tak kolorowej jak jego (zachowana) zbroja paradna. To on zbudował fortecę w Nieświeżu i ufundował, wspomniany wcześniej, pierwszy barokowy kościół w Rzeczypospolitej. Jezuicki rzecz jasna, bo jezuitów na wschód od Smoleńska obawiano się jak zarazy.

Jakież było moje zdziwienie, gdy przeglądając poczet królów „białoruskich”, odkryłem że kultywuje się tam tych samych monarchów co u nas. To jest to co różni Białoruś od Ukrainy. Polecam wizytę w muzeum w Zbarażu, gdzie dowiemy się jedynie o istnieniu Chmielnickiego, czy Krzywonosa i brakuje szerszego kontekstu. Oczywiście zabawnie to brzmi, jak Polak, czy Litwin słyszy o dokonaniach białoruskiej szlachty w XVI wieku. Na tych terenach, po mongolskiej inwazji, funkcjonować mogła jedynie szlachta litewska, która polonizowała się z pokolenia na pokolenie. Ruskich bojarów pozostało niewielu, po tym jak część zaciągnięto na służbę chanowi, a resztę wycięto w pień. Potężna wówczas Litwa ocaliła tę substancję, a jej mariaż z Królestwem Polskim wciągał ją w orbitę wartości europejskich. Białorusini czują się częścią tej historii i są z niej dumni. Nie ma biadolenia o okupacji czy najeździe Litwinów i Lachów, bo sami się za takich uważają.

Do dzisiaj widać różnice kulturowe, biegnące wzdłuż przedwojennej, polsko-sowieckiej granicy. Białoruś nie jest aż tak rozbita na na udzielne księstwa, jak współczesna Ukraina. Niemniej da się wyczuć różnicę pomiędzy częścią zachodnią, a wschodnią. Nie jest to jest cienka czerwona linia. To szeroki, na setki kilometrów, zielony pas. To obszar, na którego zachodnim krańcu, człowiekowi ufa się z zasady. Gdzieś pośrodku zaufanie przeplata się z brakiem wiary w ludzką uczciwość i nie do końca wiadomo na na jakich wartościach możemy się oprzeć. W okolicach Witebska, Orszy, Mohylewa i Homla przechodzimy na drugą stronę. W tym świecie człowiekowi z zasady się nie ufa. Tę różnicę wyczuwa się od razu. Kasta urzędnicza, w typie grożącego mi deportacją pogranicznika, w całości należy do rytu wschodniego. Jeśli nie wiesz, w orbicie jakiej kultury aktualnie się znajdujesz, zwróć uwagę tylko na to, czy pierwsi ludzie których napotykasz na swojej drodze uśmiechają się, czy warczą i patrzą spode łba. To dominanta cywilizacji w tamtych okolicach.

Dzisiejsza Białoruś, należy do Wschodu i krąży w orbicie rosyjskich wpływów. To sprawa bezdyskusyjna. Jest częścią euroazjatyckiej Unii Celnej, a z Rosją spaja ją militarny sojusz. Polityczny zwyczaj, w postaci wszechwładnego gosudara, postsowieckiego monarchy, którego wieloletnia obecność, sankcjonowana jest demokratyczną scenografią i tutaj jest obecny. Podobnie jak w Rosji, Azerbejdżanie czy republikach Środkowej Azji. Niezwykła jest żywotność dziedzictwa Czyngis-chana, jaka ciągnie się od Brześcia przez Baku, Biszkek, Ułan-Bator aż po Kamczatkę.

Oczywiście coś się zmienia. Białoruś nie wyrwie się ot tak z turańskiej cywilizacji, nie ma do tego obecnie warunków. Niemniej konflikt z Rosją, dla nas niedostrzegalny, ma swoje znaczenie. Symboliczne otwarcie na świat, zostało przez kremlowską administrację odebrane zniesmakiem. Widać wyraźnie, że coś nie gra w tym układzie. Widać też, że 20 lat zamiatania pod dywan nie przynosi efektu. Jeśli mongolskie wartości mają po wiekach aż taką żywotność, to nie bagatelizowałbym wpływu tradycji polsko-litewskich. Tymczasem polecam wizytę w Mińsku (tylko drogą lotniczą) oraz Grodnie, gdzie pociągiemz Krakowa, przez Warszawę i Białystok, również dojedziemy bez wizy. To co zobaczycie, ma się nijak do tego przekazu medialnego.

 

***

 

Po wyjściu z samolotu, na Mińskim lotnisku, znajduje się taki oto kiosk, w którym trzeba zakupić ubezpieczenie medyczne. Można płacić kartą. Równocześnie należy wypełnić kartę migracyjną, którą otrzymać można jeszcze w trakcie lotu. Te dwie rzeczy są obowiązkowe, by przejść kontrolę graniczną.

Oto zakupiona przeze mnie czterodniowa polisa. Kosztowała 4 euro.

Białoruskie ruble, niegdyś żartobliwe nazywane zajcikami (od wizerunków zwierząt na banknotach), zyskały po denominacji całkiem światowy wygląd. Tutaj leżą obok euro i wyglądają zupełnie przyzwoicie. Jeden rubelek wart jest 2 PLN, a jego kurs, od pewnego czasu, jest całkiem stabilny.

W środku Mińska, w samym centrum, przy Placu Lenina, stoi tzw. Czerwony Kościół, polski, katolicki, aż dziwne że nie zburzyli. Do tego znajduje się dokładnie przy ulicy Sowieckiej.

Patronują mu św. Szymon i Helena. Tak nazywały się zmarłe dzieci Edwarda Wojniłłowicza, fundatora świątyni.

Popiersie fundatora wewnątrz kościoła. To jeden z wielu, zapomnianych bohaterów polskiego pozytywizmu. Zamiast ciąć szablą, prowadził biznesy, zarządzał majątkami, budował ochronki. Całe życie kształcił się i pomagał innym. Po wojnie z Bolszewią, jego majątek znalazł się po sowieckiej stronie. Granica przebiegała około 30 kilometrów na zachód od Mińska. Już chłop świętował powrót niepodległości, gdyż polskie wojsko było daleko, na wschód od Mińska, nad brzegiem Berezyny… Niestety Traktat Ryski był dla niego, i wielu innych, prawdziwą tragedią, zwłaszcza jak obserwował dokonania proletariackiego postępu.  W obliczu czerwonego terroru opuścił ojczystą ziemię i wyemigrował do Bydgoszczy, gdzie zmarł. To jedyne miasto (prócz Mińska), które o nim pamięta. Kilkanaście lat temu, jego prochy spoczęły w Mińsku. Ulica Sowiecka miała zostać przemianowana na ulicę jego imienia, ale skutecznie sprzeciwili się temu białoruscy komuniści, których mózgi, nie ogarniają historii dalej niż do 1917 roku.

Oto mała ciekawostka. W świątyni znajduje się droga krzyżowa. To jest akurat stacja 10. Proszę to przeczytać. Tak, to łacińska transkrypcja białoruskiego. Mam nadzieję, że teraz nikt się nie dziwi, dlaczego przez długi czas (zwłaszcza pod wpływem) nie wiedziałem po jakiemu rozmawiam z Maksimem w pociągu.

Premiera Pana Tadeusza w Narodowym Teatrze im. J. Kupały. Mickiewicz, tak jak Kościuszko czy Moniuszko, są częścią białoruskiego (litewskiego) dziedzictwa. Nikt nie ma co do tego wątpliwości, jak i  do tego, że Litwini i Polacy też uważają ich za swoich. Wybieram się tam pod koniec marca. Bilety już mam kupione! Grają po białorusku.

Ten plakat mnie ubawił. To kwintesencja lokalnej kuchni – Białoruś w kształcie ziemniaczanego placka.

A to poniżej już istna fantazja i rozwinięcie tematu. Jadłem też coś, co przypominało lazanię, ale też było z zimnioków. Prócz wszechobecnej kartoszki, odnajdziemy wpływy kuchni litewskiej, jak i tej typowo polskiej z okolic Podlasia

 

 

 

Oto mała rozrywka dla pasjonatów nieodległej historii, militariów i sztuki fortecznej. 30 km na zachód od Mińska, a zatem tuż przy byłej granicy z Polską, znajdują się odrestaurowane relikty Linii Stalina. Ten szeroki, niekiedy na 30 km, pas umocnień, ciągnął się wzdłuż całej granicy z Polską. Teoretycznie był nie do przejścia. Po tym jak Stalin dogadał się z Hitlerem i przesunął granice swojego imperium o 200 km na zachód, linia okazała się zbędna, zwłaszcza że Gruzin planował podbój Europy i całe te zasieki krępowały ruchy jego armii. Rozebrał te umocnienia, czego potem żałował. Odsyłam do książki Wiktora Suworowa pt. Lodołamacz. On to bardzo zgrabnie i wnikliwie opisuje. Tymczasem na zdjęciu widać betonową kopułę przeniesioną z okolic Baranowicz, odlaną przed wojną w Skarżysku-Kamiennej.

 

Na muzealnym placu bojowym, znajduje się cała masa faszystowskiego sprzętu, który co weekend uczestniczy w widowiskowej rozwałce. Podobno show jest spektakularny.

 

Oto rezultat cotygodniowych inscenizacji. Na lini horyzontu widać las. Późnym latem 1939 roku, była tam jeszcze Polska.

Ten czerwonoarmista, za drobną opłatą, pozwolił mi wystrzelić z rusznicy (ślepakiem) do faszysty. Nie było lipy, dobrze że dostałem słuchawki wygłuszające. Po chwili rozmowy, okazało się, ze jego ojciec był polskim ułanem. Gdyby nie słuchawki, to bym nawet tego nie usłyszał. Taka sytuacja.

 

Oto pomieszanie pojęć: ukwiecony Stalin na tle kaplicy.

Środek miasta, róg ulic Marksa i Lenina. Nieopodal biegnie Sowiecka, przy której stoi katolicki (polski, tj. msze są po polsku) Czerwony Kościół.

One thought on “BIAŁORUŚ A.D. MMXVII

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *