Limuzyna Temudżyna

- Biszkek, Biszkek! – Wykrzykują na lotnisku lokalni taksiarze. – Potrzebna taksówka? Taksówka potrzebna, do miasta, do centrum, niedrogo, do Biszkeku, niedrogo? – Podejrzane typy o złotych zębach, z wiszącymi u szyi identyfikatorami jakie każdy może sobie wydrukować w domu i zafoliować, nie odstępują na krok. Odganiam się od nich jak od much, ciągnę moją żółtą walizę.  Staram się ominąć ten jazgot. Mówię, że dziękuję, nie patrzę w oczy, idę przed siebie. Cwaniaka gram. To jasne, że potrzebuję taksówkę, by dostać się do miasta, jednak niewzruszony jestem. Przebijam się przez tłum, ku wyjściu. A po chwili znów słyszę ten okrzyk. Krótki i rytmiczny, jak zawołanie koczowników na kumys przy jurcie: Biszkek, Biszkek! Zawsze z akcentem na ostatnią sylabę. Jak łupina orzecha wpadam na kolejną falę. Nieustępliwi są jednak. Muszę odpuścić.
  – To za ile do miasta? – pytam najbliższego. Młody chłopak podaje trzykrotnie zawyżoną cenę. Ma przed sobą typowego białasa z Europy, dla którego są to drobniaki. Niemniej białas zrobił research, i wie że taksa do centrum kosztuje dziesięć dolców. Białas niczym nie ryzykuje, bo na miejsce młokosa zaraz wskoczy dwudziestu innych. Białas robi jeszcze jedną ważną rzecz. Protekcjonalnie obejmuje go, po czym poklepuje i oznajmia czystym rosyjskim, demonstracyjnie i lekko z góry (to bardzo ważne), że za dychę to każdy pojedzie. Następnie teatralnie unosi wzrok, wodząc po tłumie kolejnych kandydatów.
Strategia działa jak zawsze. Ważne by znać realną cenę i targować się na tyle głośno, by wszyscy słyszeli. Dobra znajomość rosyjskiego będzie atutem. Tu nie chodzi o cenę. Rzecz idzie o szacunek we wzajemnych relacjach. Pacan, który daje się skroić już na lotnisku, będzie krojony bez litości. To karma, samoklejąca się dwustronnie, i ciągnąć się to będzie jak fatum. Lotniskowa inicjacja jest idealnym momentem na pierwszy ryt przejścia. Warto to zrobić tu i teraz.
Oczywiście nie obyło się bez jojczenia, że benzyna droga i życie jest ciężkie. Kolejny samolot lądował za godzinę, a do tego czasu można było cokolwiek zarobić i znów wrócić na lotnisko. Targowanie to homeostat. Czekamy chwili gdy kulka znieruchomieje na dnie miseczki, kiedy wahadło zastygnie w pionie. Zawsze spotkamy się w pół drogi. Całe życie musimy się targować i szarpać w swoją stronę. W moim przypadku to ryzyko zawodowe i nieodłączny atrybut pracy. A przecież to miał być mój urlop, odpoczynek od zgiełku, wahadła i tej kuleczki.
Udało się! Młody Kirgiz przyjął dychę, chwycił walizę i poprowadził na parking. No prawie udało się, bo jednak jednej rzeczy nie przewidziałem.
- Biszkek, Biszkek! – dobiegało gdzieś z tyłu, podczas gdy ja ponownie zbierałem myśli nie wierząc własnym oczom.
***
- Gdzie? Do Kirgizji? Na urlop do Kirgizji? – Za każdym razem miałem wrażenie, że rozmawiam z głuchym, któremu trzeba to napisać. Nawet nie chodzi o to, że w oczach widziałem braki w geografii. Gdzieś za tą niewiedzą, dalej niż na dnie siatkówki, w jakimś szarym, zwiniętym jak robak, zwoju na dnie czerepu, kryło się niedowierzanie. Absolutny brak wiary w to, że upragnione, z trudem wyżebrane dwa tygodnie urlopu, umownie ulokowane w okolicach wakacji, można spędzić w kraju, o którym milczą pachnące kokosami, wielobarwne katalogi renomowanych biur podróży. Jednak w moim rankingu oczekiwań, taka wyprawa zawsze mieć będzie wszelkie znamiona wakacji all inclusive. Po pierwsze, jadę dokładnie wtedy kiedy chcę i na tyle dni ile mam w planach. Po drugie, nie siedzę w miejscu tylko podróżuję, zmieniając co kilka dni lokalizację. Po trzecie, mogę wszystkie te plany rzucić w diabły, jeśli spotka mnie coś co warte będzie zmiany planów. Po czwarte, codziennie poznaję nowych ludzi. Każdego dnia z kim innym piję herbatę w kucki w jurcie, kruszę pachnące podpłomyki i słucham wycinków z eposu Manasa. W każdej chwili mogę pójść w góry, wypić miseczkę kumysu, pojeździć konno albo zabarłożyć nad brzegiem wielkiego Issyk-Kul. Mam też za płotem mistrzostwa świata koczowników, gdzie elita nomadów ściera się w nieznanych europejczykom konkurencjach. Mogę wszystko! Jak dla mnie to wakacje idealne.
***
Chłopak doprowadził mnie do swojej limuzyny. W przeciwieństwie do Okęcia, na lotnisku Manas nie ma wymuskanych taksówek o pachnących wnętrzach. Będąc ścisłym, one gdzieś tam są, niemniej Bóg w swej łaskawości, pokierował mym losem inaczej.
Dobicie targu przed kursem, to wygodna forma płatności, bo nawet jak kierowca pobłądzi, to już na własny rachunek. Oni doskonale, co do metra, wiedzą ile to kosztuje i żadne liczniki nie są im potrzebne. Nigdy nie daję się nabrać na gawędę, że zobaczymy ile wyjdzie. Najpierw ustalamy cenę, a potem jedziemy. W tym wypadku popełniłem jednak jeden błąd, kardynalny. Zapłaciłem za kurs, zanim zobaczyłem samochód.
Mój rydwan stepów był usmolony na zewnątrz i utytłany w środku. Już na sam jego widok,  dostałem nerwicy natręctw i zapragnąłem umyć ręce. Nie wyglądał na coś co gdziekolwiek pojedzie, nawet za sto dolarów. Miałem jednak nadzieję, że jakaś baśniowa moc, kosmiczny hipernapęd lub cokolwiek innego, dociągnie ten wehikuł do miasta. Oczywiście mogłem zrobić europejskiego focha, wykłócać się o zwrot zapłaconych dziecięciu dolców i szukać innego przewoźnika. Czułem jednak, że to nie koniec atrakcji i że warto poddać się biegowi wydarzeń. Odpuściłem. Ostatecznie cały ten estetyczny syf był najmniejszym problemem, bowiem kirgiski żyguli, przeznaczony do wywózki turystów z lotniska Manas do centrum Biszkeku, miał kapcia z prawego tyłu. Licząc na palcach, wszelkie za i przeciw, ten element zdawał się nabierać szczególnej wagi. W naszej kulturze motoryzacyjnej, nie stanowi to wielkiego kłopotu. Po prostu wymieniamy koło na zapasowe i jedziemy dalej wyglądając wulkanizatora. Tutaj jest zgoła inaczej.
Zacznijmy od tego, że owe koło przebiły skurwysyny z konkurencji, jak raczył bez ceregieli określić sytuację młodociany kierowca. Ich logika (tych skurwysynów, rzecz jasna) była słuszna, bo brak zapasu był najsłabszym elementem w strategii usług mojego szofera. W tej szerokości geograficznej nie istnieje pojęcie koła zapasowego. Szkoda miejsca, bez sensu, po co, od sześciu lat nie złapałem gumy – oto typowe odpowiedzi na pytanie o brak koła zapasowego w bagażniku.
Wybiegając nieco w przyszłość, nadmienię że dokładnie miesiąc później, miałem identyczną przygodę w południowej Ukrainie, w okolicach Chersonia. Mój kolega Artiom, z którym tego dnia jechaliśmy dwieście kilometrów do Odessy, tłumaczył się tak samo. A zatem, jeśli ktoś ma ochotę poczuć się choć trochę jak w Kirgizji, wystarczy przekroczyć granicę w Medyce. A może po prostu należy zostawić koło zapasowe w garażu i jeździć jak Kirgiz na farta po Polsce?
Wróćmy jednak do sytuacji na lotnisku Manas. Kieszonkowi bandyci nie wzięli pod uwagę determinacji kierowcy, sprzężonej z zachodniosłowiańską skłonnością poszukiwania klucza do szczęścia w każdych okolicznościach. Nie mieli pojęcia o dreszczu emocji jaki poczułem na myśl o nadciągającej przygodzie. Lotniskowy szlaban podniósł się, a my ostrożnie, w tempie inwalidy na wózku, poturlaliśmy się w dal. Zamiast wygodnego hotelu z widokiem na góry Tien-Szan i zimnym piwem w lodówce, moim pierwszym celem był najbliższy wulkanizator.
***
Nie jest to, co prawda, opisywany przeze mnie wehikuł, ale wygląda identycznie. Produkowane niegdyś w Taljiati, niedaleko Samary, samochody pełnią w byłych Sowietach tę samą rolę jak u nas 20 lat temu Syrenki lub Fiaty 126p. O ten, przypadkiem napotkany w górach, egzemplarz opiera się Amangeldi – mój lokalny, środkowoazjatycki przewodnik, postrzegający czas w kategoriach latynoskich.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *